W pokoju nie było nikogo. Cisza jak makiem zasiał. Wszystko ułożone, nawet na łóżku Cynthi, wyjątkowo wrednej służącej, która stara się uprzykrzyć jej życie, panował porządek. Rozejrzała się w poszukiwaniu oznak zagrożenia. Nic. Wolno podeszła do drzwi prowadzących na korytarz i w ostatniej chwili od nich odskoczyła, inaczej miałaby zmasakrowany nos.
Do pokoju niczym tornado wpadła Javaa, jej najlepsza, wierna przyjaciółka... Jedyna, której mogła zaufać w tym piekle i którą takim mianem mogła określić. Zaczęła się rozglądać i dostrzegła dziewczynę, która zniknęła na większą część wieczoru.
Javaa była niską, smukłą dziewczyną pochodzącą z Riguuny, wioski dawno zapomnianej przez Bogów, leżącej w odległych krainach tego królestwa, królestwa Noveen'um, co ze Starej Mowy znaczy królestwo Jutrzenki. Miała burze brązowych loków, zawsze spiętych na czubku głowy i schowanych pod czepkiem, jak każda inna służąca, w tym ona sama. Jej oczy były koloru świeżej trawy. Dziewczyna była ładna... Jeśli nie patrzeć na okropną, czerwoną szramę ciągnącą się wzdłuż prawego policzka. Pamiątka po Pani Casstante.
- Ays! Dzięki niech będą ciemności że już jesteś. Eleonora świruje, przyjechał jakiś ważny gość, ma zamiar zostać kilka dni i pilnie chce Cię poznać. Szybko, rozbieraj się! Pani wymyśla kłamstwa, że nie czujesz się dobrze - dziewczyna doskoczyła do Ays niczym mały chochlik i sama zerwała z niej tunikę, wyciągnęła spod łóżka wcześniej przygotowaną balie z mydlinami i wepchnęła do niej dziewczynę, która stała z ogłupiałą miną. Trajkotała przy tym jak katarynka.
- Javaa, nie panikuj. Co to za gość i czego ode mnie oczekuje Eleonora? - zapytała przerywając wywód Jannie.
- Nie wiem kto to jest, nie widziałam go na oczy. Ale za to podsłuchałam rozmowę Eleonory z kucharką.. Wierz mi, szykuje się iście królewska uczta. Mości pan przyjechał tutaj nie sam, lecz z obstawą. Musi być kimś ważnym. Dziewczęta zajęły się jego przybocznymi, którzy, mówiąc ogólnie, są dość urodziwi - mrugnęła do Aysslin, jakby powierzała jej tajemnice świata.
Dziewczyna, wyszorowana i pachnąca wyszła z balii i wytarła się ręcznikiem podanym przez przyjaciółkę. Javaa podbiegła do szafy, którą dzieliły wraz z czterema innymi służącymi i wyjęła z niej pokrowiec na ubrania.
- Jav, co to ma znaczyć? - zapytała truchlejąc na widok pięknej, wyszywanej koronką sukni z błękitnego jedwabiu. - Ja tego nie założę.. Eleonora wie, że nie nadaje się do noszenia takich rzeczy. Sama mi to uświadomiła! - warknęła zła, zastanawiając się co też jej matka jeszcze wymyśli.
- Wiesz, że nie masz wyjścia.. Ciesz się że przyjechał ten hrabia, ponieważ inaczej jutro nie mogłabyś wstać z łóżka. Pani Casstante już kazała przyszykować ciemnice.. A Ty dobrze wiesz co to oznacza, już nie raz tam byłaś Ayss. Zrób co mówi, może wtedy unikniesz kary - wzruszyła drobnymi ramionkami, w których drzemała ogromna siła - Jeśli znów weźmie Cię na tortury, pójdę razem z Tobą. No już, zakładaj. - wyciągnęła w jej kierunku ręce, na których leżał odpięty pokrowiec.
Aysslin, zrezygnowana i zdołowana, wzięła od dziewczyny suknie i narzuciła ją na siebie.
- Wyglądam jak kopciuszek - jęknęła, patrząc w lustro które stało w kącie izdebki. Jej długie, gęste kruczoczarne włosy były potargane, na twarzy nadal malowały się sińce, które nijak nie pasowały do pięknej sukni księżniczki.
- Spokojnie, mamy trochę czasu, zaraz się zajmę Twoją twarzą.
Javaa nie miała litości, ani krztyny.
Wzięła grzebień z komody, usadziła Aysslin na krześle i zaczęła powoli, kosmyk po kosmyku, rozczesywać jej włosy. Szarpała, ciągnęła nic sobie nie robiąc z protestów i jęków bólu torturowanej dziewczyny.
Aysslin była przyzwyczajona do ciężkiej, katorżniczej pracy. Uwielbiała rąbać drewno, pomagać w ogrodzie, oporządzać konie... Ale za nic nie potrafiła udawać damy dworu. Co to to nie.
Żaden nauczyciel nie uczył jej jak poprawnie posługiwać się sztućcami, który do czego służy. Gdyby nie kucharka, stara, poczciwa pani o wyglądzie kochającej babci, nie umiałaby nawet utrzymać widelca w dłoni. To dzięki niej Aysslin potrafiła się pięknie wysławiać, chodzić wyprostowana, siadać poprawnie przy stole, czy zagadywać chętnych mężczyzn podczas kolacji. To jej Eleonora była winna podziękowania, a nie jej, niech ich ciemność pochłonie, rodzicom. Pani Casstante była zdania, że Aysslin wyniosła dobre maniery z domu, doskonale wiedząc, że od małego Ayss była pod jej opieką.
Javaa skończyła rozczesywać włosy, zajęła się nakładaniem podkładu ze sproszkowanej Gyweeny. Miał on właściwości zarówno lecznicze, jak i upiększające. I był diablo drogi. Ten gość musi być kimś ważnym... pomyślała dziewczyna mimochodem.
- Wyglądasz prześlicznie, Ays. Niczym prawdziwa księżniczka! - westchnęła dziewczyna po kilkunastu minutach podziwiając swoje dzieło.
Aysslin wstała i podeszła do lustra. Osłupiała. Naprawdę wyglądała ładnie! Oczy, podkreślone czarną kredką, wyglądały jak dwa cudnej barwy fiołki, suknia, ściągana gorsetem, podkreśliła jej szczupłą budowę i długie nogi. Co prawda chciałaby, żeby odzienie jakimś magicznym hokus-pokus powiększyło jej biust, który był.. mizerny. No ale cóż, nie można mieć wszystkiego!
Nałożyła wysokie, czarne buty, które podsunęła jej Jaava i zakręciła się wokół przed lustrem. Wrażenie było takie, jakby nagle zaczęło migotać milion gwiazd. Odetchnęła głęboko.
- Idziemy! - mruknęła i skierowała kroki w stronę wyjścia z pokoju.
-Czekaj! Chwileczkę... - przyjaciółka dogoniła dziewczynę, i pociągnęła po jej ustach bezbarwnym błyszczykiem, ponieważ wiedziała, że nawet najlepsza pomadka nie może się równać z jej krwistoczerwonymi ustami, które odziedziczyła prawdopodobnie po swojej matce. - Jesteś śliczna, maleńka.. - pogłaskała ją po policzku, po czym delikatnie popchnęła w stronę drzwi. - Idź już.
Kruczoczarna dziewczyna odpowiedziała jej uśmiechem, po czym wyszła i skierowała swe kroki ku salonowi, w którym jej matka zwykle podejmowała gości. Słyszała głosy dochodzące z całego pałacu, uniosła dumnie głowę i weszła do salonu.
Wszyscy jednocześnie odwrócili głowy i osłupieli. Aysslin dygnęła, patrząc w obliczę zszokowanej matki, której mina wyrażała niedowierzanie.
- Witam wszystkich. Raczcie wybaczyć mi spóźnienie. Nie czułam się najlepiej - Wyprostowała się dumnie i z uniesioną głową zasiadła przy matce. Panowie obecni w salonie nie wiedzieli co powiedzieć. Spojrzała na gościa honorowego... I omal nie wrzasnęła. Strach złapał ją w swoje kleszcze i nie chciał wypuścić.
Tak, wiem, nie było mnie długi czas. Musicie mi wybaczyć. Miałam urwanie głowy w szkole i w domu, dlatego brakło mi czasu na pisanie. Obiecuje poprawę! ;-; Piszcie w komentarzach co myślicie o tym rozdziale, pomimo tego, że jest krótki :) Miłego czytania kochani! ^^
Pani Wiecznej Nocy
sobota, 21 czerwca 2014
sobota, 17 maja 2014
Rozdział I
Odwróciła się i spojrzała na swój dom, na swoje więzienie, i westchnęła. Znów to samo... Cały czas to samo. Znowu ją wykorzystują, traktują jak śmiecia, a przecież jest człowiekiem.. No może niezupełnie, ale czy to znaczy że jest gorsza? Że można ją poniżać, zmuszać do wykańczającej pracy, bić, truć? Nienawidziła tego domu, tego pięknego pałacu, w którym traktowano ją jak podczłowieka. Patrzyła w szklane okna na pietrze, i myślała jak to by było móc powybijać te szyby, jakie to uczucie zrobić coś wbrew komuś.
Nie znała swoich rodziców, nie wiedziała kim są i kim byli, nie miała pojęcia czy żyją, ale nie obchodziło jej to. Gdyby mogła, pozabijałaby ich gołymi rękami za to co jej zrobili. Oddali ją w to piekło, byli winni jej wszystkich ran, całego bólu który znosiła przez całe siedemnaście lat swojego nędznego życia. Eleonora, pani domu, była jej przyszywaną "matką". Co prawda nigdy się tak nie zachowywała, ale jednak na Akcie Przyrodzenia była wpisana w rubryczkę: matka.
Eleonora Casstante... Znienawidzona kobieta, najgorsza wiedźma w całych czterech Królestwach. Nie dała jej nawet swojego nazwiska, nie potrafiła zaakceptować jej jako swojej córki, przyszywanej, ale córki, co to to nie. Dla niej była śmieciem, ba, czymś gorszym od śmiecia. Przez całe szesnaście lat starała się wyperswadować jej to, iż jest człowiekiem. Prawie jej się to udało, prawie.. Gdyby nie Nieznajomy, który śni jej się co noc od jakiegoś czasu, który namawia ją by czerpała moc ze swojej nienawiści do tej kobiety, teraz byłaby jedynie pustą skorupą, wypraną z uczuć, nie czującą nic oprócz tego cholernego bólu, powodowanego przez Obrączkę Posłuszeństwa, którą nosiła na małym palcu prawej ręki. Chciała sobie wyobrazić, jak to jest żyć bez ciągłego bólu, ale nie potrafiła. Marzyła o tym, by choć na dzień oderwać się od tego. Zazdrościła plebsowi, och jak bardzo im zazdrościła! Co prawda nie posiadali żadnych umiejętności, ale mogli żyć jak chcą. Byli wolni! Mogli wychodzić i wracać kiedy chcieli, nie martwiąc się tym, że po powrocie czekał na nich bat, mogli spotykać się z kim chcieli, bez obaw że następnego dnia nie dostaną nic do jedzenia.
Po jej policzku spłynęła samotna łza. Nie! Nie będzie płakała, nie rozklei się. Starczy już łez, już nie uroni ani jednej, nie ważne jaki ból będzie musiała znieść, nie okaże słabości - o to prosił ją Nieznajomy. Cofnęła się krok w tył, ponownie odwróciła, tylko że tym razem w stronę ścieżki prowadzącej do miasteczka.
Kiedy jej oczom o kolorze fiołków ukazało się miasto, a właściwie wioska, spuściła głowę i modliła się by dziś nikt jej nie poznał. Zaczęłyby się pytania o to co się stało, dlaczego ma siniaki na twarzy i kto to zrobił, chociaż przynajmniej połowa mieszkańców wiedziała skąd one są. Zdawali sobie sprawę, że odpowiedzialna za to jest Pani Casstante, jak kazała się do siebie zwracać. Choć wiedzieli, nie uczynili nic, by to ustało, bo i co mógł zrobić zwykły plebs? Starając się trzymać bocznych odnóg, dotarła do celu. Sklep Demonara Vinnitiego.
Demonar był wysokim mężczyzną po czterdziestce i nigdy nie pozwolił jej skrzywdzić gdy była w wiosce. Zawsze stawał w jej obronie, w jego domu, który ze względów bezpieczeństwa znajdował się nad sklepem, zawsze mogła liczyć na coś gorącego do wypicia, czy też lekką przekąskę. Nie mógł jej wiele dać, ponieważ sam niewiele miał, a to co udało mu się zarobić, oddawał Meeoromanką na głodujące dzieci. Nie miała mu tego za złe, kiedyś sama dostała od nich kromkę chleba, kiedy to Eleonora głodziła ją przez cztery dni, dając do wypicia jedynie kubek lodowatej "wody". Woda jest tu słowem względnym, ponieważ to były pomyje które kucharka zwykle wylewała pod płot. Wtedy czołgając się dotarła na skraj wioski, gdzie znalazła ją jedna z Członkiń Klanu. Zaniosła ją na rękach do ich siedziby, gdzie opatrzyły jej rany, nakarmiły ją i dały pić.
Weszła do sklepu, by dokonać tej upokarzającej transakcji.
- Witaj Demonarze - rzekła ze smutnym uśmiechem.
- Witam Cię, Lady - Demonar wykonał dworski ukłon, uznając ją tym samym za swoją Panią.
- Demonarze, ileż razy muszę Ci powtarzać? Jestem służącą, nic nie wartym śmieciem, nie kłaniaj mi się, proszę.
- Ależ moja kochana, ileż to razy ja muszę powtarzać Tobie, iż nie jesteś żadnym śmieciem, a śliczną młodą dziewczyną? Cóż Cię sprowadza w moje skromne progi, miła ma?
- Wiesz... Eleonora znów chcę niewolników dla przyjemności. Tym razem płci przeciwnej. - w jej oczach pojawiły się łzy. Nienawidziła za to swojej przyszywanej matki jeszcze bardziej. Sprowadzała na dwór niewolników dla przyjemności, ku uciesze tych suk z jej Sabatu. Pieprzone czarownice i ich zachcianki. Myślały że są lepsze, że mogą więcej. Kiedyś im się za to odpłaci.
Aysslin doskonale znała los tych niewolników. Jeśli któryś znudził się członkiniom, kazały go zabić, i jeśli któryś z nich miał szczęście, była odprawiana szybka egzekucja - jeśli nie, był poddawany torturom, póki nie wyzionął ducha z bólu. Taki był ich los, a Eleonora, ta bezduszna córka kurwiącej się dziwki, to właśnie jej kazała sprowadzać tych nieszczęśników, doskonale wiedząc jakim to dla niej będzie ciosem.
- Aysslin, złotko, proszę Cię, nie płacz - podszedł do niej i kciukiem otarł policzki. - Musisz być wytrzymała, maleńka. Wiem, że to dla Ciebie trudne, ale musisz to wytrzymać. Jeśli nie dla siebie, to dla mnie. Wiesz przecież, że jesteś dla mnie jak córka, której nigdy nie miałem. Co ja pocznę bez mojej kochanej córeczki?
Popatrzyła na niego przez chwile, po czym padła mu w ramiona, a on przygarnął ją do piersi i pozwolił moczyć łzami swoją lnianą białą koszulę.
- Musisz wracać. Nie możesz się narażać na jej gniew. Obiecaj mi to! Obiecaj, że nigdy więcej świadomie nie pozwolisz by Cię uderzyła. Postaw się jej! Pokaż, że Ty też potrafisz walczyć. Idź już. Dostarczę tych Niewolników za dwa dni. Powiedz jej, że z powodu zamieszek cena będzie podwójna. - Pocałował ją w czoło i popchnął w kierunku drzwi. - Wpadaj do mnie czasami, córeczko - uśmiechnął się czule i odwrócił w stronę lady.
Otworzyła drzwi i wypadła na dwór. Jeśli znów się spóźni, Pani nabije ja na pal i każe biegać wokół niego. Usłyszała dziewczęcy wrzask. Puściła się pędem w stronę dróżki, choć mięśnie nóg rwały i paliły ją żywym ogniem. Skręciła za wysokim drzewem w lewo i zamarła. Troje mężczyzn pochylało się nad wpółnagą dziewczyną, która na oko była młodsza od niej. Jej umysł zalała przerażająca jasność. Wspomnienia zaczęły napływać gwałtownie, raniąc umysł dziewczyny raz za razem. Podeszła do niech bezszelestnie.
- Zostawcie ją - powiedziała cicho. Była stanowczo zbyt spokojna, stała ze spuszczoną głową - Zostawcie ją, albo was pozabijam - warknęła.
Podniosła wzrok, a kiedy napastnicy spojrzeli w jej oczy, zaczęli wrzeszczeć jak opętani. Wycofywali się tyłem, wiedząc, że groźba zabójstwa w ustach Wojowniczki nie była groźbą wypowiedzianą bezpodstawnie. Znali ją doskonale. Któż nie znał tej, która uratowała troje dzieci z płonącego i walącego się budynku? Ich błąd polegał na tym, że nie poznali jej na czas, a teraz znaleźli się w makabrycznym niebezpieczeństwie. Pobiegli przed siebie, każdy w swoją stronę, a Aysslin odetchnęła z ulgą. Powoli podeszła do dziewczyny, mając już normalny wzrok. Podała jej rękę, pomogła wstać.
- Co ty tu robiłaś? Co Cię opętało, by wychodzić z domu o zmierzchu? - warknęła na dziewczynę - Co by było gdybym akurat była zbyt daleko by usłyszeć twój wrzask? Wracaj do domu i nigdy więcej nie wychodź na dwór o tej porze, rozumiesz? Nigdy!
Pchnęła dziewczynę w stronę malutkiego ryneczku, mając nadzieję że znajdzie się szybko w bezpiecznym schronieniu. Spojrzała w niebo i głośno westchnęła.
~ Znów będę musiała liczyć swoje razy ~ pomyślała.
Skoro i tak była skazana na karę, poszła spokojnym krokiem ku swojemu więzieniu. Nie śpieszyła się, bo i po co? Zatopiona we własnych myślach nie zauważyła kiedy doszła do bramy oddzielającej Dwór od ścieżki do miasta. Złapała za uchwyt furtki i spojrzała na nią zaskoczona. Czyżby nie zamknęła jej dobrze? Nie, to nie było możliwe. Wślizgnęła się na teren posiadłości i ostrożnie zaczęła się skradać w kierunku drzwi dla służby, znajdujących się na tyłach domu. Nie wolno jej było wchodzić frontowymi drzwiami. Przez przypadek zahaczyła swoją tuniką o Greanndę, roślinę która miała okrutnie twarde i ostre kolce. To właśnie z tej rośliny robiono rózgi, którymi Pani karała służbę. Oczywiście dla niej był przygotowany specjalny bat z metalowymi nitkami, który rozdzierał skórę do mięśni. Syknęła o spojrzała na prawe przedramię. Pięknie! Jeszcze teraz będzie się musiała tłumaczyć dlaczego zniszczyła tunikę.
~ Niech Ciemność ma mnie w opiece ~ jęknęła do siebie w myślach.
W porę dostrzegła skrawek białej tkaniny zawieszonej nad drzwiami. Dzięki Bogu!
Jeśli któraś z służących wywiesiła białą ostrzegajkę, jak nazwały ją dziewczęta ze służby, znaczyło to tyle, że ma gościa i trzeba skorzystać z sekretnych drzwi pod ziemią, o których Pani nie miała zielonego pojęcia.
Natomiast jeśli na Greannderzę zawisła czerwona ostrzegajka trzeba było mieć się na baczności, ponieważ Eleonora była w zabójczym nastroju. Wtedy trzeba było chodzić na palcach i unikać jej jak ognia, jeśli nie chciało się dostać razów za nic. Cofnęła się i nacisnęła stopą w miejsce gdzie była zapadnia. Klapa podniosła się ukazując schody które prowadziły w dół. Aysslin na paluszkach, by nikt jej nie usłyszał, zeszła dwa stopnie w dół, wyciągnęła rękę i zamknęła przejście. Złapała pochodnie, podpaliła ją krzesiwem, które było pod trzecim stopniem schodów i zbiegła na dół.
Szła długim korytarzem uważnie nasłuchując. Na dworze panowała cisza, co znaczyło że albo się pozabijali, albo Pani miała ważnego gościa. Pierwsza opcja raczej nie wchodziła w rachubę, więc zaczęła się zastanawiać kogóż to Matka mogła przyjmować o tej porze. Podeszła do drzwi, które prowadziły na pokoje służących i mocnym szarpnięciem otworzyła je, po czym weszła do domu.
Witamy w piekle!
Mam nadzieję, że Wam się spodoba, proszę o wyrozumiałość, ponieważ jest to mój pierwszy post, jeszcze się rozkręcę - obiecuję! Stało się to czego się obawiałam, brak weny już na samym początku. Rozdział troszkę wymuszony, mało opisów, ogólnie wydaję mi się taki nieogarnięty. Postaram się nadrobić to w następnym poście. Tymczasem czekam na Wasze opinie i życzę miłego oraz spokojnego weekendu! :)
środa, 14 maja 2014
Prolog
Krwawa Mara, Krwawe Serce,Krwawe oczy, Krwawe ręce,
Krwawa Muza i Kochanek,
Bicz, katorga, Krwawy wianek.
Niewolnica, jakże piękna,
pochodzenia swego nie zna,
Bo nie dane było poznać,
nim oddali ją w ten koszmar.
Kim jest ta Niewiasta młoda,
co zbyt dużo wycierpiała,
Bita, truta, poniżana, do katorżniczej
pracy za młodu zmuszana.
Przyszedł do niej w śnie Zbawiciel,
od jej bólu odkupiciel.
Przysiągł zabrać ja z tego piekła,
by posłuszeństwa obrączka pękła.
Jak jej losy się potoczą, czy znów jako
niewolnice ją naznaczą? Czy spotka miłość
życia swego, jedynego ukochanego?
Czy ją zechce jej wybranek,
Który Piekła na wieki jest Panem?
wtorek, 13 maja 2014
Wstęp
Cześć! :)
Notki będą się pojawiały prawdopodobnie raz na tydzień.. Jeśli będą opóźnienia, znaczy to tyle, że brakło mi weny :( To chyba na tyle.. Miłego czytania! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)